(…)Forma spektaklu odgrywa kluczową rolę, wykorzystując bogactwo różnorodnych środków wyrazu, które tworzą niepowtarzalną atmosferę. Realizatorzy sięgnęli po kamerę, która rejestruje wydarzenia na żywo i staje się integralną częścią przedstawienia, wprowadzając widza w świat równoczesnych obrazów i emocji. Żywa muzyka, wykonywana przez aktorów na flecie i gitarze, dopełnia całość, wprowadzając subtelne zmiany nastroju i podkreślając emocjonalne kulminacje. Mnóstwo rekwizytów pełni funkcję nie tylko dekoracyjną, ale przede wszystkim symboliczną, wzbogacając opowiadaną historię i nadając jej dodatkową warstwę interpretacyjną. Takie bogactwo środków wyrazu sprawia, że Malexander jest spektaklem niezwykle złożonym, pełnym zaskakujących połączeń, które angażują widza na wielu poziomach. Scenografia Agnieszki Gaździńskiej-Łapińskiej doskonale oddaje klaustrofobiczny charakter więzienia, tworząc przestrzeń, w której bohaterowie czują się zamknięci zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Muzyka Jacka Lachowicza buduje napięcie, nadając spektaklowi niepowtarzalną atmosferę. W warstwie aktorskiej spektakl wypada równie interesująco. Karolina Adamczyk, Zofia Wysocka, Artur Krajewski, Rafał Sabara, Mateusz Łasowski – każdy z aktorów nadaje swoim postaciom indywidualny rys, ukazując różnorodne reakcje na komentowane wydarzenia. Szczególnie wyróżnia się Artur Krajewski, który doskonale oddaje konflikt wewnętrzny swojego bohatera. W jego wykonaniu widzimy, jak łatwo można utknąć w ideologicznych schematach, które wciągają w spiralę przemocy.
Wiesław Kowalski, Teatr dla Wszystkich
(…)Zważywszy na obfitość scen penitencjarnych, teatr może mieć – jak się wydaje – również funkcję resocjalizacyjną. Być może kierując się tą myślą, znany szwedzki dramaturg Lars Norén napisał tekst i zaproponował role trzem więźniom odbywającym długoletnie wyroki. I przyglądamy się pełnemu wybojów procesowi powstawania tego spektaklu, którego tekst będzie ewoluował, pojawiają się w nim wątki faszystowskie, niż o jakimkolwiek systemie wartości). Można tak – bo jesteśmy w teatrze? Czy też jednak jest jakaś granica tego, o czym w teatrze się mówi? Czy – skoro w społeczeństwie jest pewien ułamek wyznawców narodowego socjalizmu – to i oni zasługują (w imię absolutnej skandynawskiej równości) – na zauważenie ich poglądów? Czy reżyser powinien był się na zmianę tekstu nie zgadzać, nawet kosztem rezygnacji tych dwóch z pracy? Czy też szum, jaki się wokół jego nazwiska wytworzył, wart był poniesienia pewnych kosztów? Jak się okazało – inkryminowani (nomen omen) aktorzy Norena, będąc na przepustce, brali udział w morderstwie policjantów w tytułowym Malexander. Czy w ich przypadku teatr nie spełnił swojej resocjalizacyjnej funkcji? A może nie da się robić sztuki z faszystami i o faszystach, bo ten temat nie mieści się w żadnej, w tym – artystycznej – debacie? A może nie ma to żadnego znaczenia, jaką ideologię wyznają pospolici. Oglądamy mądry, świetnie wymyślony i zagrany spektakl, po którym wychodzi się tymi i jeszcze wieloma innymi pytaniami. Jest jednak wśród tych wątpliwości jeden co najmniej pewnik, taki mianowicie, że bycie artystą nie zwalnia twórcy z odpowiedzialności za stworzone przezeń dzieło. Gdzie jednak kończy się owo „bycie artystą” i gdzie leży granica, za którą zaczyna się zgoła świat zgoła niemetaforyczny? I – w imię czego można takich przekroczeń dokonywać, jeśli w ogóle można… Ciekawe
Rafał Turowski, www.rafalturow.ski/teatr
(…) „Malexander” to opowieść o tym, jak łatwo stracić kontrolę nad własną wizją. I że zło jest zaraźliwe – a odporności na mroki duszy i umysłu nie mają nawet, a może przede wszystkim, ci, którzy próbują je leczyć. Wąski pas sceny sprawia, że widzowie niemal na nią wchodzą, a aktorzy są o krok od przeniknięcia w widownię. Ta fizyczna bliskość nie jest przypadkowa – „Malexander” to spektakl o tym, że granica między sztuką a rzeczywistością okazuje się niebezpiecznie cienka. A wręcz: że te światy przenikają się, są jak naczynia połączone. W tym przypadku to połączenie ujawnia się w najbrutalniejszy sposób. Rafał Sabara i Przemysław Wasilkowski opowiadają historię szwedzkiego dramaturga Larsa Noréna, który w latach 90. zrealizował więzienny projekt teatralny z udziałem skazanych. Dwóch z nich było wyznawcami narodowego socjalizmu. Cel – resocjalizacja przez sztukę. Finał – katastrofalny. Nawrócenie nie nadchodzi, a dwaj aktorzy-więźniowie biorą udział w morderstwie policjantów w Malexander. Scenografia Agnieszki Gaździńskiej-Łapińskiej buduje klaustrofobiczną przestrzeń, która doskonale odzwierciedla mechanizm zamknięcia – zarówno fizycznego, jak i mentalnego. W ciasnym świecie łatwo o zainfekowanie złem, o utratę dystansu, o pozorną bliskość i narcystyczne złudzenie, że „mam moc, by kogoś zmienić”. Muzyka aranżowana na żywo przez zespół aktorski potęguje napięcie, jakby sama stawała się więźniem tej opowieści. Jedną z jej głównych bohaterek jest nienawiść, która idzie ramię w ramię z konkretną ideologią. Na słowo „nazizm” musimy chwilę poczekać, ale i tak czuć je w powietrzu. Agresywną niechęcią emanują zaciśnięte pięści i nabrzmiałe mięśnie Matsa i Tony’ego. Carl zapewne byłby równie nabuzowany, gdyby nie był kukłą. Kontekst skrajnej ideologii ujawnia się stopniowo, co czyni go jeszcze bardziej niepokojącym. Karolina Adamczyk, Artur Krajewski, Mateusz Łasowski, Rafał Sabara i Zofia Wysocka tworzą ensemble, w którym każdy nosi w sobie zarodek potencjalnej przemocy. Banalność zła – jak pisała Hannah Arendt – polega na tym, że przychodzi w zwyczajnych, ludzkich kształtach. Tak jak Stanfordzki eksperyment więzienny – projekt badawczy Philipa Zimbardo z 1971 roku – tak i projekt teatralny Noréna wymknął się spod kontroli, ale i dostarczył kolejnych tropów na temat natury ludzkiej. Czy Lars Norén, dając głos więziennym nazistom, chciał zmienić coś lub kogoś, czy może zaspokoić własną ciekawość i artystyczne ambicje? Gdzie kończy się naiwna wiara w siłę sztuki, a zaczyna narcystyczna potrzeba eksperymentowania z drugim człowiekiem? Ciekawie w „Malexander” twórcy pokazują mechanizm uwikłania. Ze zła trudno się wycofać – zwłaszcza gdy staje się częścią wizji artystycznej. Producentka (i zapewne nie tylko ona) wie, że zespół zmierza w złym kierunku, ale nie może zrobić kroku w tył. Zło okazuje się elastyczne, adaptuje się, infekuje kolejne osoby. Zmienia formy, potrafi się kamuflować, by przejąć główną rolę w najmniej oczekiwanym momencie. I w tym tkwi jego siła.
Alicja Cembrowska, Teatr dla Wszystkich